wtorek, 17 listopada 2009
Czerwona prawica i wolnościowa lewica?!
Mało mam od września czasu na oglądanie telewizji (dzięki Bogu!), a także chęci do słuchania o polskiej polityce, ptasiej, świńskiej, sezonowej i wszystkich innych odmianach gryp. No ale czasami zdarza się obejrzeć serwis informacyjny z myślą, że przecież mogło wydarzyć się coś ważnego: PO zaczęła porządnie pracować, pisać wolnościowe ustawy... Albo choć traci poparcie... Może pojawił się jakiś nowy, interesujący kandydat na prezydenta? Jednak nadzieja złudna jest! Bo oczywiście zmiany są możliwe, ale cholernie nieprawdopodobne.
Włączyłem dziś telewizor, obejrzałem Wiadomości (dziwne i przykre, że za najbardziej wiarygodną stację telewizyjną uważam państwową TVP...) i roześmiałem się!
Usłyszałem, że władza dzielnie walczy o zdelegalizowanie bądź co najmniej ograniczenie hazardu. Argumenty: biedne dzieci wydają ostatnie grosze na obstawianie wyników wydarzeń sportowych (władzuchna zapomniała, że w Polsce jest to legalne od 18 roku życia?), biedni Polacy tracą pieniądze na zakładach bukmacherskich (władzuchna zapomniała ilu obywateli wspaniałomyślnie rządzonej Rzeczypospolitej zarabia typując wyniki spotkań bądź pracując w branży hazardowej i bukmacherskiej?), a tak w ogóle to te okropne firmy płacą podatki za granicą! (władzuchna zapomniała dlaczego? to nie wina bukmacherów, że na obczyźnie zapłacą niższe podatki).
Cholera! Ja liczę na to, że z okazji dwulecia rządów i niemalejącego poparcia ludu rząd pomyśli o jakiejś liberalnej reformie, a okazuje się, że Platforma Obywatelska robi coś dokładnie odwrotnego. To już wolałem, kiedy leniuchowali.
Napisałem, że oglądając Wiadomości roześmiałem się - bynajmniej nie z powodu zawodu jaki sprawił mi rząd. Rozbawił mnie paradoks, który spostrzegłem kiedy na temat wypowiedziała się posłanka SLD, partii nazywającej się lewicową. Skrytykowała pomysł PO, która z kolei zwie się prawicową i liberalną. Przecież powinno być zgoła inaczej! To prawica, a tym bardziej partia liberalna działa na rzecz wolności, pozwala ludziom w jak największej mierze decydować o swoim życiu, swojej własności, a lewica woli, aby władza w większej mierze myślała, wybierała i decydowała za obywateli. Lewica zwie to opieką :) Gdybym miał oceniać orientacje polityczne na podstawie podejścia do tematu hazardu, to SLD jest prawicowe i liberalne, a PO to lewica, socjal(istycz)na.
Sytuacja skłania ku pewnej refleksji - na jakiej podstawie mamy oceniać kto jest lewicowy, kto prawicowy? Czy jedyną podstawą ma być to, jak same partie się określą? Chyba nie. Również głoszone poglądy nie są najlepszym wyznacznikiem. Czyny! Liczą się czyny. A co takiego uczyniła PO, żeby nazywać się liberalną? Coś pewnie zrobiła, ale jak na dwa lata rządów z ciągłym poparciem stanowczo zbyt mało.
PS. Chyba wreszcie wyszedł mi niezbyt długi tekst! Powiedziałbym nawet, że optymalny ;)
Włączyłem dziś telewizor, obejrzałem Wiadomości (dziwne i przykre, że za najbardziej wiarygodną stację telewizyjną uważam państwową TVP...) i roześmiałem się!
Usłyszałem, że władza dzielnie walczy o zdelegalizowanie bądź co najmniej ograniczenie hazardu. Argumenty: biedne dzieci wydają ostatnie grosze na obstawianie wyników wydarzeń sportowych (władzuchna zapomniała, że w Polsce jest to legalne od 18 roku życia?), biedni Polacy tracą pieniądze na zakładach bukmacherskich (władzuchna zapomniała ilu obywateli wspaniałomyślnie rządzonej Rzeczypospolitej zarabia typując wyniki spotkań bądź pracując w branży hazardowej i bukmacherskiej?), a tak w ogóle to te okropne firmy płacą podatki za granicą! (władzuchna zapomniała dlaczego? to nie wina bukmacherów, że na obczyźnie zapłacą niższe podatki).
Cholera! Ja liczę na to, że z okazji dwulecia rządów i niemalejącego poparcia ludu rząd pomyśli o jakiejś liberalnej reformie, a okazuje się, że Platforma Obywatelska robi coś dokładnie odwrotnego. To już wolałem, kiedy leniuchowali.
Napisałem, że oglądając Wiadomości roześmiałem się - bynajmniej nie z powodu zawodu jaki sprawił mi rząd. Rozbawił mnie paradoks, który spostrzegłem kiedy na temat wypowiedziała się posłanka SLD, partii nazywającej się lewicową. Skrytykowała pomysł PO, która z kolei zwie się prawicową i liberalną. Przecież powinno być zgoła inaczej! To prawica, a tym bardziej partia liberalna działa na rzecz wolności, pozwala ludziom w jak największej mierze decydować o swoim życiu, swojej własności, a lewica woli, aby władza w większej mierze myślała, wybierała i decydowała za obywateli. Lewica zwie to opieką :) Gdybym miał oceniać orientacje polityczne na podstawie podejścia do tematu hazardu, to SLD jest prawicowe i liberalne, a PO to lewica, socjal(istycz)na.
Sytuacja skłania ku pewnej refleksji - na jakiej podstawie mamy oceniać kto jest lewicowy, kto prawicowy? Czy jedyną podstawą ma być to, jak same partie się określą? Chyba nie. Również głoszone poglądy nie są najlepszym wyznacznikiem. Czyny! Liczą się czyny. A co takiego uczyniła PO, żeby nazywać się liberalną? Coś pewnie zrobiła, ale jak na dwa lata rządów z ciągłym poparciem stanowczo zbyt mało.
PS. Chyba wreszcie wyszedł mi niezbyt długi tekst! Powiedziałbym nawet, że optymalny ;)
Etykiety:
bukmacherstwo,
Donald Tusk,
hazard,
lewica,
liberalizm,
PO,
prawica
„To czyńcie na moją pamiątkę…”
Dziś publikuję tekst napisany dla potrzeb szkolnych. Znajdziecie w nim kilka moich opinii o Kościele, roli księży.
Jezus, który przez całe życie nauczał o Bogu, przygotowywał dwunastu Apostołów, by po jego śmierci kontynuowali to, co On sam czynił. Potwierdzają to słowa „Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem” (J 13, 15). O tym, że nadszedł już czas, by uczniowie Chrystusa zastąpili swego Nauczyciela, Jezus powiedział wyraźnie dzień przed śmiercią. Podczas Paschy w Wielki Czwartek, kiedy odbyła się Ostatnia Wieczerza, Chrystus ustanowił sakrament, w którym Apostołowie i ich następcy mają sprawować Eucharystię. Rzekł wtedy: „To jest ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19). Jeszcze wyraźniej Syn Boży mówił o tym po swoim zmartwychwstaniu: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem” (Mt 28, 18-20). Przytoczone cytaty pokazują, skąd wziął się sakrament kapłaństwa, a także wyjaśniają jego cele. Kapłani mają nauczać o Bogu, nawracać ludzi i narody („Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”), udzielać sakramentów („nauczajcie ... udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”), naśladować Chrystusa, naznaczać kolejnych kapłanów („abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem”), głosić Ewangelię.
Odpowiedź na pytanie czy kapłani dobrze sprawują powierzoną im funkcję uzyskamy, kiedy ocenimy czy i w jakim stopniu wypełniają oni postawione im przez Jezusa zadania. A do tego, że czasami popełniają błędy nie ma wątpliwości – gdyby ich nie czynili, przestaliby być ludźmi. Jedynie Bóg w pełni wie, co jest dobre, a co złe. Kiedy kapłan stosuje się do wszystkiego, o czym nauczał Syn Boży, jest kapłanem bardzo dobrym. Kiedy w niektórych aspektach milczy, nie wypełnia niektórych zadań, jest kapłanem nieco gorszym, lecz summa summarum nadal jego działania przynoszą dobre skutki. Kapłan jest zły jedynie wtedy, kiedy zaprzecza nauce Chrystusa. Moim zdaniem nie zdarza się to często, a nawet jeśli ma miejsce, to księżą nie robią tego celowo, świadomie, a co za tym idzie, postępują wbrew nauczaniu Chrystusa tylko w niewielu aspektach. Zwykle księża popełniają błędy albo przez złą interpretację Biblii, albo przez zwodzącą intuicję. Jako przykład niech posłuży postawa Kościoła Szwecji, który broni związków par jednopłciowych. W oczywisty sposób jest to wbrew nauce Pisma Świętego. Mam jednak odczucie, że zwierzchnicy tego ewangelicko-luterańskiego Kościoła, czynią to, gdyż według nich pomoże to religii. Porwał ich nurt poprawności politycznej i moda na tolerancję. Zapomnieli, że dla nich najważniejsze ma być to, co mówi Biblia, a nie to, co inni nazywają dobrem. Sądzą, że Kościół musi tolerować homoseksualistów, jednak nie rozumieją co to znaczy. Słowo tolerancja ulega w ostatnich latach wypaczeniom, a Kościół Szwecji dał się na to nabrać. Pismo Święte nie każe nikogo potępiać – także homoseksualistów. Jednak nazywa to grzechem, a grzechy należy piętnować. Chrześcijanie i księża mają jednocześnie apelować do homoseksualistów o zaprzestanie grzechu, jak i upominać ludzi łamiących prawo Boże przez ocenianie osób (gejów i lesbijek), używanie wobec nich słownej i fizycznej agresji. Nie wolno natomiast, po stokroć nie wolno udzielać homoseksualistom sakramentu małżeństwa! Mimo wszystko, nawet Kościół Szwecji i jego kapłani wykonują wiele dobrej pracy. W tym jednym temacie zabłądzili, lecz nadal nauczają ludzi pozostałych przykazań. Mam wrażenie, że w ogóle wszystkie błędy chrześcijaństwa biorą się z tego, że następcy Apostołów, zamiast szukać prawdy w Biblii, dają sobie wmówić, że to nie Pismo Święte, lecz media, politycy, establishment wie co jest dobre, a co złe. Pewne środowiska bardzo lubią twierdzić, że Biblii nie należy czytać dosłownie, lecz odpowiednio interpretować. I owszem, czasami tak jest – sam Jezus twierdził, że przypowieści służą temu, by nawet prości ludzie zrozumieli przesłanie. Trzeba jednak pamiętać, że możliwość interpretacji pozwala na manipulowanie treścią, setki możliwości odbioru podejścia Boga do danej sprawy. A przecież w większości spraw Biblia klarownie wypowiada się na dane tematy. Kościół powinien pilnować, by ludzie nie interpretowali jej dobrowolnie, lecz zgodnie z treścią. I naprawdę, przeważnie wystarczy czytać Ewangelię dosłownie. Skoro Pismo Święte mówi, że Bóg jednego dnia stworzył wszelkiego rodzaju zwierzęta, a następnego na swój wzór człowieka, to znaczy, że tak było. W Piśmie Świętym nie napisano, że Pan stworzył człowieka z małpy, czy nawet na wzór małpy – tylko na wzór Boga. Poza tym naukowcy wielokrotnie udowadniali, że teoria ewolucji jest sprzeczna z teorią kreacjonizmu – jak więc Kościół może twierdzić, że Bóg mógł użyć ewolucji jako sposobu powstania życia? Wielu osobom wydaje się, że lepiej wiedzą, co Bóg miał na myśli, niż wiedzieli Ewangeliści i Jezus Chrystus. Żyjemy w ciężkich czasach – mimo, że najbardziej prześladowaną i dyskryminowaną grupę społeczną na świecie stanowią chrześcijanie, wmawia się ludziom, że to wyznawcy Boga i tradycjonaliści winni są braku tolerancji na świecie. Oficjalnie wrogów Kościoła niemal niema, jednak rozsądny człowiek wie, że oni zawsze byli, są i będą. Po prostu teraz stali się niewidoczni, co nie znaczy, że nie walczą z chrześcijaństwem. Zwyczajnie robią to sprytniej, wzbudzają antyklerykalizm, antyteizm. Być może to oni manipulują Kościołem, trzymają za sznurki. Mimo wszystko jestem pewien, że Kościół robi więcej dobrego, niż złego.
Przesłania religii chrześcijańskiej są w większości tożsame z normami moralnymi cywilizacji europejskiej. Nawet ateiści i agnostycy potwierdzają, że to co nakazuje ludziom Biblia jest dobre, a co za tym idzie, chrześcijaństwo jest pożyteczne, nawet jeśli Bóg nie istnieje. Bo chrześcijaństwo nakazuje być dobrym – nie kraść, żyć w zgodzie z bliźnimi, pomagać ludziom. Każdy kto głosi takie postulaty jest pożyteczny, nawet jeśli powody, dla których to głosi są dziwne, niesprawdzone, błędne. Religia wielu ludziom daje powód do bycia dobrym. Wiara w Boga nakłania do dobroci. Co za tym idzie, kapłani są pożyteczni dla całego społeczeństwa. Benedykt XVI w liście na Rok Kapłański wspominał „ogromny dar, jaki stanowią kapłani nie tylko dla Kościoła, lecz także dla samej ludzkości. Myślę o tych wszystkich księżach, którzy chrześcijanom i całemu światu przedstawiają pokorną i codzienną propozycję słów i gestów Chrystusa, starając się do Niego przylgnąć swymi myślami, wolą, uczuciami i stylem całego swego istnienia. Jakże nie podkreślić ich trudu apostolskiego, niestrudzonej i ukrytej służby, ich miłości pragnącej być uniwersalną?” . Należy doceniać pracę kapłanów, tym bardziej, iż nie jest ona łatwa. Wiąże się z wieloma trudnościami, wyrzeczeniami. Księża walczą o miłość na świecie i nawet jeśli ich cel wydaje się niektórym błędny, to nie można odmówić, że z Kościoła pochodzi wiele dobra.
Skoro podałem przypadki w którym działania kapłanów są dla mnie dziwne, niezrozumiałe i złe, powinienem również napisać o tych dobrych. Najlepiej spojrzeć najpierw na własne, a co za tym idzie najlepiej poznane środowisko. Bracia i Ojcowie z Zakonu św. Franciszka, którzy działają w moim mieście, wykonują sporo wspaniałej pracy. Pomagają biednym rodzinom, organizując zbiórki żywności, prowadzą rekolekcje dla uczniów gimnazjów, wychodzą z inicjatywą wyjazdów do miejsc kultu Maryjnego. Zapraszają misjonarzy, siostry zakonne i osoby świeckie, które swoim świadectwem zbliżają ludzi do Boga. Spoglądając trochę dalej dostrzegam śp. Księdza Popiełuszkę. Oddał życie za prawdę, wolność, sprawiedliwość. Błogosławiony Jan Paweł II również dbał o poszanowanie wymienionych cnót, to dzięki niemu miliony Polaków otrzymało więcej wolności. Patrząc jeszcze dalej – kto prowadzi w Europie (zwykle nie biorąc pieniędzy od państwa) setki przytułków, domów dziecka i starości? Kto organizuje zbiórki pieniędzy i żywności dla ofiar kataklizmów? Kto wreszcie, staje w obronie prześladowanych chrześcijan w Azji i Afryce? Czy gdyby kapłani nie pokazali solidarności tym ludziom cierpiąc razem z nimi, czy ich wiara by nie zgasła? Czy mieliby siłę dalej kochać? Kapłani naśladują Jezusa Chrystusa, który również pomagał ludziom. Dobrowolnie, bezinteresownie i z radością.
Zbliżając się do końca rozważań, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy prawdziwe są słowa J. M. Vianney’a "Gdybyśmy nie mieli sakramentu Kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana." Bóg jest niezależnie od tego, co dzieje się na Ziemi. Ale być może, gdyby nie było kapłanów, nie wiedzielibyśmy o nim? Można powiedzieć, że wiedzę o Chrystusie przekazałaby historia, rodzice i tak dalej… Przecież były wierzenia trwające bez kapłanów. Można tak gdybać, starając się udowodnić, że sakrament kapłaństwa nie jest konieczny do wiary w Pana. Myślę jednak, że takie zastanawianie się należy przerwać wspominając, że to Jezus Chrystus nakazał im nauczać. A wszystko co robi Bóg, jest dobre. Podważając słowa J. M. Vianney’a, podważamy czyn i mądrość Boga. Słowa patrona proboszczów należy odczytywać w taki sposób, że bez kapłanów, chrześcijaństwo upadłoby już dawno. To oni podtrzymują wiarę w Boga, przekazują ludziom Słowo Boże. Nawracają, udzielają sakramentów umacniających miłość do Boga. Bez ich trudu, chrześcijanie nie przetrwaliby nawet pierwszych prześladowań zaraz po śmierci Jezusa.
Rok Kapłański powinien przypominać ludziom, którzy zaczynają ulegać poglądom głoszonym przez antyklerykałów, że to Bóg nakazał im nauczać. Bóg nie myli się nigdy, środowiska wrogie Kościołowi tak. Trzeba dyskutować nad tym, jakie błędy popełnia Kościół, ale najwięcej do powiedzenia w tej kwestii powinniśmy mieć my, chrześcijanie, a nie ludzie, którzy stoją z boku, bądź wręcz naprzeciw religii. Ufajmy Bogu i ludziom mu oddanym, których szczególnie powołał, wybrał i posłał ludzkości.
„To czyńcie na moją pamiątkę…”
W marcu bieżącego roku papież Benedykt XVI zapowiedział na 19 czerwca 2009 rozpoczęcie Roku Kapłańskiego. Czas, który wybrał Jego Świątobliwość, nie jest przypadkowy. Wiąże się on ze stu pięćdziesiątą rocznicą dnia urodzin Jana Marii Vianneya, patrona wszystkich proboszczów świata. Ojciec Święty w liście z 16 czerwca, napisanym z okazji rozpoczęcia Roku Kapłańskiego, wspomina słowa świętego Jana M. Vianney’a: "Gdybyśmy nie mieli sakramentu Kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana." Sądzę, że Papież swoją decyzję podjął, pragnąc zwrócić uwagę chrześcijan na temat sakramentu, ustanowionego przez Jezusa Chrystusa w Wielki Czwartek - jego historię, cele, problemy. Przy poznawaniu zagadnienia warto odnieść się do tezy cytowanej przez Benedykta XVI-ego.Jezus, który przez całe życie nauczał o Bogu, przygotowywał dwunastu Apostołów, by po jego śmierci kontynuowali to, co On sam czynił. Potwierdzają to słowa „Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem” (J 13, 15). O tym, że nadszedł już czas, by uczniowie Chrystusa zastąpili swego Nauczyciela, Jezus powiedział wyraźnie dzień przed śmiercią. Podczas Paschy w Wielki Czwartek, kiedy odbyła się Ostatnia Wieczerza, Chrystus ustanowił sakrament, w którym Apostołowie i ich następcy mają sprawować Eucharystię. Rzekł wtedy: „To jest ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19). Jeszcze wyraźniej Syn Boży mówił o tym po swoim zmartwychwstaniu: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem” (Mt 28, 18-20). Przytoczone cytaty pokazują, skąd wziął się sakrament kapłaństwa, a także wyjaśniają jego cele. Kapłani mają nauczać o Bogu, nawracać ludzi i narody („Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”), udzielać sakramentów („nauczajcie ... udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”), naśladować Chrystusa, naznaczać kolejnych kapłanów („abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem”), głosić Ewangelię.
Odpowiedź na pytanie czy kapłani dobrze sprawują powierzoną im funkcję uzyskamy, kiedy ocenimy czy i w jakim stopniu wypełniają oni postawione im przez Jezusa zadania. A do tego, że czasami popełniają błędy nie ma wątpliwości – gdyby ich nie czynili, przestaliby być ludźmi. Jedynie Bóg w pełni wie, co jest dobre, a co złe. Kiedy kapłan stosuje się do wszystkiego, o czym nauczał Syn Boży, jest kapłanem bardzo dobrym. Kiedy w niektórych aspektach milczy, nie wypełnia niektórych zadań, jest kapłanem nieco gorszym, lecz summa summarum nadal jego działania przynoszą dobre skutki. Kapłan jest zły jedynie wtedy, kiedy zaprzecza nauce Chrystusa. Moim zdaniem nie zdarza się to często, a nawet jeśli ma miejsce, to księżą nie robią tego celowo, świadomie, a co za tym idzie, postępują wbrew nauczaniu Chrystusa tylko w niewielu aspektach. Zwykle księża popełniają błędy albo przez złą interpretację Biblii, albo przez zwodzącą intuicję. Jako przykład niech posłuży postawa Kościoła Szwecji, który broni związków par jednopłciowych. W oczywisty sposób jest to wbrew nauce Pisma Świętego. Mam jednak odczucie, że zwierzchnicy tego ewangelicko-luterańskiego Kościoła, czynią to, gdyż według nich pomoże to religii. Porwał ich nurt poprawności politycznej i moda na tolerancję. Zapomnieli, że dla nich najważniejsze ma być to, co mówi Biblia, a nie to, co inni nazywają dobrem. Sądzą, że Kościół musi tolerować homoseksualistów, jednak nie rozumieją co to znaczy. Słowo tolerancja ulega w ostatnich latach wypaczeniom, a Kościół Szwecji dał się na to nabrać. Pismo Święte nie każe nikogo potępiać – także homoseksualistów. Jednak nazywa to grzechem, a grzechy należy piętnować. Chrześcijanie i księża mają jednocześnie apelować do homoseksualistów o zaprzestanie grzechu, jak i upominać ludzi łamiących prawo Boże przez ocenianie osób (gejów i lesbijek), używanie wobec nich słownej i fizycznej agresji. Nie wolno natomiast, po stokroć nie wolno udzielać homoseksualistom sakramentu małżeństwa! Mimo wszystko, nawet Kościół Szwecji i jego kapłani wykonują wiele dobrej pracy. W tym jednym temacie zabłądzili, lecz nadal nauczają ludzi pozostałych przykazań. Mam wrażenie, że w ogóle wszystkie błędy chrześcijaństwa biorą się z tego, że następcy Apostołów, zamiast szukać prawdy w Biblii, dają sobie wmówić, że to nie Pismo Święte, lecz media, politycy, establishment wie co jest dobre, a co złe. Pewne środowiska bardzo lubią twierdzić, że Biblii nie należy czytać dosłownie, lecz odpowiednio interpretować. I owszem, czasami tak jest – sam Jezus twierdził, że przypowieści służą temu, by nawet prości ludzie zrozumieli przesłanie. Trzeba jednak pamiętać, że możliwość interpretacji pozwala na manipulowanie treścią, setki możliwości odbioru podejścia Boga do danej sprawy. A przecież w większości spraw Biblia klarownie wypowiada się na dane tematy. Kościół powinien pilnować, by ludzie nie interpretowali jej dobrowolnie, lecz zgodnie z treścią. I naprawdę, przeważnie wystarczy czytać Ewangelię dosłownie. Skoro Pismo Święte mówi, że Bóg jednego dnia stworzył wszelkiego rodzaju zwierzęta, a następnego na swój wzór człowieka, to znaczy, że tak było. W Piśmie Świętym nie napisano, że Pan stworzył człowieka z małpy, czy nawet na wzór małpy – tylko na wzór Boga. Poza tym naukowcy wielokrotnie udowadniali, że teoria ewolucji jest sprzeczna z teorią kreacjonizmu – jak więc Kościół może twierdzić, że Bóg mógł użyć ewolucji jako sposobu powstania życia? Wielu osobom wydaje się, że lepiej wiedzą, co Bóg miał na myśli, niż wiedzieli Ewangeliści i Jezus Chrystus. Żyjemy w ciężkich czasach – mimo, że najbardziej prześladowaną i dyskryminowaną grupę społeczną na świecie stanowią chrześcijanie, wmawia się ludziom, że to wyznawcy Boga i tradycjonaliści winni są braku tolerancji na świecie. Oficjalnie wrogów Kościoła niemal niema, jednak rozsądny człowiek wie, że oni zawsze byli, są i będą. Po prostu teraz stali się niewidoczni, co nie znaczy, że nie walczą z chrześcijaństwem. Zwyczajnie robią to sprytniej, wzbudzają antyklerykalizm, antyteizm. Być może to oni manipulują Kościołem, trzymają za sznurki. Mimo wszystko jestem pewien, że Kościół robi więcej dobrego, niż złego.
Przesłania religii chrześcijańskiej są w większości tożsame z normami moralnymi cywilizacji europejskiej. Nawet ateiści i agnostycy potwierdzają, że to co nakazuje ludziom Biblia jest dobre, a co za tym idzie, chrześcijaństwo jest pożyteczne, nawet jeśli Bóg nie istnieje. Bo chrześcijaństwo nakazuje być dobrym – nie kraść, żyć w zgodzie z bliźnimi, pomagać ludziom. Każdy kto głosi takie postulaty jest pożyteczny, nawet jeśli powody, dla których to głosi są dziwne, niesprawdzone, błędne. Religia wielu ludziom daje powód do bycia dobrym. Wiara w Boga nakłania do dobroci. Co za tym idzie, kapłani są pożyteczni dla całego społeczeństwa. Benedykt XVI w liście na Rok Kapłański wspominał „ogromny dar, jaki stanowią kapłani nie tylko dla Kościoła, lecz także dla samej ludzkości. Myślę o tych wszystkich księżach, którzy chrześcijanom i całemu światu przedstawiają pokorną i codzienną propozycję słów i gestów Chrystusa, starając się do Niego przylgnąć swymi myślami, wolą, uczuciami i stylem całego swego istnienia. Jakże nie podkreślić ich trudu apostolskiego, niestrudzonej i ukrytej służby, ich miłości pragnącej być uniwersalną?” . Należy doceniać pracę kapłanów, tym bardziej, iż nie jest ona łatwa. Wiąże się z wieloma trudnościami, wyrzeczeniami. Księża walczą o miłość na świecie i nawet jeśli ich cel wydaje się niektórym błędny, to nie można odmówić, że z Kościoła pochodzi wiele dobra.
Skoro podałem przypadki w którym działania kapłanów są dla mnie dziwne, niezrozumiałe i złe, powinienem również napisać o tych dobrych. Najlepiej spojrzeć najpierw na własne, a co za tym idzie najlepiej poznane środowisko. Bracia i Ojcowie z Zakonu św. Franciszka, którzy działają w moim mieście, wykonują sporo wspaniałej pracy. Pomagają biednym rodzinom, organizując zbiórki żywności, prowadzą rekolekcje dla uczniów gimnazjów, wychodzą z inicjatywą wyjazdów do miejsc kultu Maryjnego. Zapraszają misjonarzy, siostry zakonne i osoby świeckie, które swoim świadectwem zbliżają ludzi do Boga. Spoglądając trochę dalej dostrzegam śp. Księdza Popiełuszkę. Oddał życie za prawdę, wolność, sprawiedliwość. Błogosławiony Jan Paweł II również dbał o poszanowanie wymienionych cnót, to dzięki niemu miliony Polaków otrzymało więcej wolności. Patrząc jeszcze dalej – kto prowadzi w Europie (zwykle nie biorąc pieniędzy od państwa) setki przytułków, domów dziecka i starości? Kto organizuje zbiórki pieniędzy i żywności dla ofiar kataklizmów? Kto wreszcie, staje w obronie prześladowanych chrześcijan w Azji i Afryce? Czy gdyby kapłani nie pokazali solidarności tym ludziom cierpiąc razem z nimi, czy ich wiara by nie zgasła? Czy mieliby siłę dalej kochać? Kapłani naśladują Jezusa Chrystusa, który również pomagał ludziom. Dobrowolnie, bezinteresownie i z radością.
Zbliżając się do końca rozważań, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy prawdziwe są słowa J. M. Vianney’a "Gdybyśmy nie mieli sakramentu Kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana." Bóg jest niezależnie od tego, co dzieje się na Ziemi. Ale być może, gdyby nie było kapłanów, nie wiedzielibyśmy o nim? Można powiedzieć, że wiedzę o Chrystusie przekazałaby historia, rodzice i tak dalej… Przecież były wierzenia trwające bez kapłanów. Można tak gdybać, starając się udowodnić, że sakrament kapłaństwa nie jest konieczny do wiary w Pana. Myślę jednak, że takie zastanawianie się należy przerwać wspominając, że to Jezus Chrystus nakazał im nauczać. A wszystko co robi Bóg, jest dobre. Podważając słowa J. M. Vianney’a, podważamy czyn i mądrość Boga. Słowa patrona proboszczów należy odczytywać w taki sposób, że bez kapłanów, chrześcijaństwo upadłoby już dawno. To oni podtrzymują wiarę w Boga, przekazują ludziom Słowo Boże. Nawracają, udzielają sakramentów umacniających miłość do Boga. Bez ich trudu, chrześcijanie nie przetrwaliby nawet pierwszych prześladowań zaraz po śmierci Jezusa.
Rok Kapłański powinien przypominać ludziom, którzy zaczynają ulegać poglądom głoszonym przez antyklerykałów, że to Bóg nakazał im nauczać. Bóg nie myli się nigdy, środowiska wrogie Kościołowi tak. Trzeba dyskutować nad tym, jakie błędy popełnia Kościół, ale najwięcej do powiedzenia w tej kwestii powinniśmy mieć my, chrześcijanie, a nie ludzie, którzy stoją z boku, bądź wręcz naprzeciw religii. Ufajmy Bogu i ludziom mu oddanym, których szczególnie powołał, wybrał i posłał ludzkości.
Tomasz Moliński
środa, 4 listopada 2009
Zapowiedź powrotu
Never let your schoolin' interfere with your education.
Nigdy nie pozwól twojej szkole stanąć na drodze twojej edukacji.
(Mark Twain)
Niedługo wracam do prowadzenia bloga. Zajdzie tu kilka zmian.
Nowa notka prawdopodobnie już w piątek wieczorem.
Pozdrawiam.
Nigdy nie pozwól twojej szkole stanąć na drodze twojej edukacji.
(Mark Twain)
Niedługo wracam do prowadzenia bloga. Zajdzie tu kilka zmian.
Nowa notka prawdopodobnie już w piątek wieczorem.
Pozdrawiam.
sobota, 29 sierpnia 2009
Panowie, honoru nie mamy!
Od pewnego czasu trwa nagonka rosyjskich mediów i historyków przeciw Polsce. W związku z przypadającą na 1 września 70. rocznicą wybuchu II wojny światowej, Rosjanie przedstawiają swoje stanowisko odnośnie historii.
Nie przytoczę szczegółowo tego co głoszą, nie napiszę również dlaczego nie mają racji - każdy prawdy powinien poszukać sam.
Zresztą to chyba nie jest największy problem, że Ruscy zakłamują historię. Niech sobie twierdzą mówią co zechcą - my możemy głosić 'naszą' czy jak kto woli 'historyczną' wersje wydarzeń z '39 roku. Zresztą czy to jest takie istotne? Owszem, trzeba walczyć o honor tych co zginęli, ale my Rosjan nie przekonamy. Tak samo jak Rosjanie nie przekonają zachodu - chyba wszyscy już wiedzą, że Moskwy nie powinno się przesadnie ufać. Oczywiście ze względów politycznych czasami lepiej udawać, że prawda Rosyjska jest "prawdziwsza". Ale powtarzam - my nic na to nie poradzimy.
Moją uwagę zwróciło coś innego. Dziwi mnie zachowanie polskich władz, zastanawiam się czy nie powinny w jakiś oficjalny sposób zaprezentować własną rację? Irytuje mnie premier Tusk, kiedy wyraża wielkie oburzenie z powodu zachowań Rosjan. To oburzenie jest bowiem okazywane jedynie Rodakom - wyborcom. Premier boi się jednak powiedzieć co myśli na tyle głośno, by usłyszeli go poza granicami kraju. Przypomina mi to styl w jakim Donald Tusk od dwóch lat uprawia politykę. Teoretycznie ma jakieś poglądy - zresztą nawet nie 'jakieś', przyznajmy, że są to poglądy dość dobre. Jednak p. Tusk boi się postępować wg ich zasad. W obawie przed konsekwencjami woli nie robić nic. Kiedy natomiast zdecyduje się podjąć jakieś decyzje, najpierw za pomocą mediów, sondaży i dłuuugich debat publicznych, bada opinie obywateli - by czasem nie stracić w ich oczach!
Wracając do sprawy - uważam, że Polacy, jako naród, tracą w tym momencie honor. Honor, czyli wartość, która akurat dla naszego Narodu, znaczyła w przeszłości dużo. Wspomnę choćby hasła wyszywane na sztandarach "Deus, Honor, Patria" - "Bóg, Honor, Ojczyzna". Wielu mieszkańców kraju nad Wisłą szczyci się historią. Słusznie, bo jest to jeden z dość nielicznych powodów do odczuwania 'dumy narodowej'. Często mówimy, że zawsze stawaliśmy do walki, bo mieliśmy godność. Nawet kiedy nie było szans przeżyć, nasi przodkowie chwytali za broń. Woleli ginąć niż wywieszać białe flagi - poddać się, znaczyło hańbę, utratę honoru.
Także podczas II wojny światowej pewne wartości były dla Polaków ważniejsze niż życie. Niemcy początkowo nie chcieli wcale walczyć z Polską, woleli zawrzeć układ. Mieli pewne żądania, chyba najważniejszym spośród nich był pas eksterytorialny do Gdańska. Pan profesor Wołoszański twierdzi, że Polska mogła przystąpić do wojny razem z Niemcami, taka możliwość była dość prawdopodobna. Hitler chciał się porozumieć, chyba leżało to także w naszym interesie. Mogliśmy uniknąć śmierci wielu Polaków, zrujnowania kraju, może nawet wyjść zwycięsko z wojny. Ale Polacy nie kalkulowali. W Polsce rządzili wtedy ludzie wspaniali, bardzo dumni. Oni wiedzieli co to honor, godność. Byli wychowywaniu w duchu walki, wszyscy pamiętali nie tak dawne odzyskanie Niepodległości. Nie przyłączyli się do Hitlera - jako pierwsi podjęli walkę. Mieli poszanowanie dla siebie i Ojczyzny.
Czy mają je obecni politycy? Cóż, powątpiewam... Były premier, Leszek Miller, rzekł dzisiaj odnosząc się do zapowiadanej obecności byłego prezydenta Rosji na polskich obchodach 1 września: "Przyjazd Putina do Polski to sukces Tuska". Hmm po tym, co obecnie robią Rosjanie, jaką politykę historyczną prowadzą (kojarzoną także z Putinem), nie wiem czy to naprawdę sukces zaprosić ich do siebie na uroczystości upamiętniające ofiary Hitlerowców i Stalinowców. Ruscy z nas ewidentnie drwią - a my jak grzeczne pieski, boimy się pisnąć słowo, zapraszamy wodza Rosji do siebie, uważając go za jedną z największych "gwiazd" uroczystości. Panowie, gdzie godność?! Czy to nie obraza dla tych wspaniałych Polaków, także polityków, którzy w '39 roku pokierowali historią, tak jak pokierowali? Interia.pl właśnie w nagłówku informacji informuje, że Rosjanie głoszą, że Józef Beck był niemieckim agentem... A my cieszmy się z obecności Putina, komplementujmy go, głaszczmy po plecach! A skoro to jest sukces rządu Tuska, to znaczy, że polska polityka sięgnęła dna.
Nie przytoczę szczegółowo tego co głoszą, nie napiszę również dlaczego nie mają racji - każdy prawdy powinien poszukać sam.
Zresztą to chyba nie jest największy problem, że Ruscy zakłamują historię. Niech sobie twierdzą mówią co zechcą - my możemy głosić 'naszą' czy jak kto woli 'historyczną' wersje wydarzeń z '39 roku. Zresztą czy to jest takie istotne? Owszem, trzeba walczyć o honor tych co zginęli, ale my Rosjan nie przekonamy. Tak samo jak Rosjanie nie przekonają zachodu - chyba wszyscy już wiedzą, że Moskwy nie powinno się przesadnie ufać. Oczywiście ze względów politycznych czasami lepiej udawać, że prawda Rosyjska jest "prawdziwsza". Ale powtarzam - my nic na to nie poradzimy.
Moją uwagę zwróciło coś innego. Dziwi mnie zachowanie polskich władz, zastanawiam się czy nie powinny w jakiś oficjalny sposób zaprezentować własną rację? Irytuje mnie premier Tusk, kiedy wyraża wielkie oburzenie z powodu zachowań Rosjan. To oburzenie jest bowiem okazywane jedynie Rodakom - wyborcom. Premier boi się jednak powiedzieć co myśli na tyle głośno, by usłyszeli go poza granicami kraju. Przypomina mi to styl w jakim Donald Tusk od dwóch lat uprawia politykę. Teoretycznie ma jakieś poglądy - zresztą nawet nie 'jakieś', przyznajmy, że są to poglądy dość dobre. Jednak p. Tusk boi się postępować wg ich zasad. W obawie przed konsekwencjami woli nie robić nic. Kiedy natomiast zdecyduje się podjąć jakieś decyzje, najpierw za pomocą mediów, sondaży i dłuuugich debat publicznych, bada opinie obywateli - by czasem nie stracić w ich oczach!
Wracając do sprawy - uważam, że Polacy, jako naród, tracą w tym momencie honor. Honor, czyli wartość, która akurat dla naszego Narodu, znaczyła w przeszłości dużo. Wspomnę choćby hasła wyszywane na sztandarach "Deus, Honor, Patria" - "Bóg, Honor, Ojczyzna". Wielu mieszkańców kraju nad Wisłą szczyci się historią. Słusznie, bo jest to jeden z dość nielicznych powodów do odczuwania 'dumy narodowej'. Często mówimy, że zawsze stawaliśmy do walki, bo mieliśmy godność. Nawet kiedy nie było szans przeżyć, nasi przodkowie chwytali za broń. Woleli ginąć niż wywieszać białe flagi - poddać się, znaczyło hańbę, utratę honoru.
Także podczas II wojny światowej pewne wartości były dla Polaków ważniejsze niż życie. Niemcy początkowo nie chcieli wcale walczyć z Polską, woleli zawrzeć układ. Mieli pewne żądania, chyba najważniejszym spośród nich był pas eksterytorialny do Gdańska. Pan profesor Wołoszański twierdzi, że Polska mogła przystąpić do wojny razem z Niemcami, taka możliwość była dość prawdopodobna. Hitler chciał się porozumieć, chyba leżało to także w naszym interesie. Mogliśmy uniknąć śmierci wielu Polaków, zrujnowania kraju, może nawet wyjść zwycięsko z wojny. Ale Polacy nie kalkulowali. W Polsce rządzili wtedy ludzie wspaniali, bardzo dumni. Oni wiedzieli co to honor, godność. Byli wychowywaniu w duchu walki, wszyscy pamiętali nie tak dawne odzyskanie Niepodległości. Nie przyłączyli się do Hitlera - jako pierwsi podjęli walkę. Mieli poszanowanie dla siebie i Ojczyzny.
Czy mają je obecni politycy? Cóż, powątpiewam... Były premier, Leszek Miller, rzekł dzisiaj odnosząc się do zapowiadanej obecności byłego prezydenta Rosji na polskich obchodach 1 września: "Przyjazd Putina do Polski to sukces Tuska". Hmm po tym, co obecnie robią Rosjanie, jaką politykę historyczną prowadzą (kojarzoną także z Putinem), nie wiem czy to naprawdę sukces zaprosić ich do siebie na uroczystości upamiętniające ofiary Hitlerowców i Stalinowców. Ruscy z nas ewidentnie drwią - a my jak grzeczne pieski, boimy się pisnąć słowo, zapraszamy wodza Rosji do siebie, uważając go za jedną z największych "gwiazd" uroczystości. Panowie, gdzie godność?! Czy to nie obraza dla tych wspaniałych Polaków, także polityków, którzy w '39 roku pokierowali historią, tak jak pokierowali? Interia.pl właśnie w nagłówku informacji informuje, że Rosjanie głoszą, że Józef Beck był niemieckim agentem... A my cieszmy się z obecności Putina, komplementujmy go, głaszczmy po plecach! A skoro to jest sukces rządu Tuska, to znaczy, że polska polityka sięgnęła dna.
Etykiety:
Donald Tusk,
Hitler,
II wojna światowa,
Leszek Miller,
Rosja,
Rosjanie,
Stalin
wtorek, 14 lipca 2009
Kanonizacja Jana Pawła II-ego zaszkodzi Papieżowi?!
Czas znów napisać coś na blogu - tym razem chyba coś krótszego. Do rozmyślań nakłonił mnie tekst pana Tomasza Brusika opublikowany na portalu eioba.pl, a konkretniej tutaj:
http://www.eioba.pl/a105286/liberum_veto_kanonizacji_karola_wojtyly
Autor jest przeciwny kanonizacji śp. Jana Pawła II-ego. Twierdzenie jest oczywiście kontrowersyjne, niepoprawne społecznie i politycznie, lecz moja była nauczycielka języka polskiego, nauczyła mnie, że każdy ma prawo głosić co chce, jeśli tylko potrafi to uzasadnić. A pan Brusik ma pewien argument więc może warto go wysłuchać.
Według piszącego uznanie 'naszego' Papieża za świętego, może mu zaszkodzić. "Przecież to właśnie młodzi w każdym zakątku świata byli dla Wojtyły zawsze -nawet na łożu śmierci, na pierwszym miejscu. Ojciec święty wolałby być dla nich przyjacielem, niż postacią z nieskończonego orszaku świętych.Moim skromnym zdaniem miejsce Jana Pawła II nie jest na ołtarzach, lecz na plakatach czy nawet na koszulkach, a celem naszego pokolenia powinno być uczynienie z niego postaci kultowej jak Che Guevary czy Boba Marley’a." - pisze mój imiennik. Tutaj należy zaprotestować i zapytać, czy być przyjacielem jest sprzeczne z byciem świętym? Według pana Brusika tak. Autor tekstu chciałby z Jana Pawła II uczynić idola (o zgrozo jako przykład podaje zbrodniarza Che Guevarę...) bowiem według niego tak nauka Papieża może dotrzeć do młodych, do przyszłych pokoleń. Sądzi, że ludzie, szczególnie młodzi nie doceniają świętych. "Czy waszymi idolami są św. Kolbe albo św. Faustyna czy może raczej Kuba Wojewódzki, Marek Koterski, Jacek Kaczmarski? Postacie świętych wydają nam się zbyt wielkie, zbyt odległe, zbyt niedoścignione, po prostu nie stają się idolami, a co za tym idzie skazane są na obrastanie w kurz, jak świecznik stojący na ołtarzu." Po pierwsze trzeba zastanowić się, czy to prawda. Moim zdaniem Jan Paweł II może być zostać autorytetem, a jego kanonizacja jedynie spotęguję modę na kult Ojca Świętego. Poza tym nawet, jeśli święci nie mają uznania tutaj, w Polsce, to nie znaczy, że jest tak na całym świecie. Są tacy, co kandydaturę Jana Pawła II na autorytet odrzuciliby od razu, tylko dlatego, że był głową Kościoła. Przecież Kościół też nie jest modny wśród młodych. Ale na kontynentach, na których wiara kwitnie - w Afryce czy Południowej Ameryce - święty Jan Paweł II może cieszyć się popularnością. To samo tyczy się Polski - tu zawsze będzie postacią legendarną, w końcu to pierwszy - i pewnie jedyny papież pochodzący z naszego kraju. Czy kiedyś inny Polak piastował tak znane, tak ważne stanowisko w jakiejkolwiek dziedzinie społecznej?
Chciałbym zwrócić uwagę na pewną ważną rzecz. Pan Brusik sam stwierdza, że ceni Jana Pawła II-ego, w ostatnim akapicie pisze nawet "Mój rodak zasłużył na kanonizacje." Nie chce jednak by Kościół uznał Papieża za świętego, bo to spowoduje, że z tego powodu ktoś odrzuci jego nauczanie. Konkretniej, nie chce uznać JPII za świętego, bo dzisiejsza zepsuta, wrogo nastawiona do Kościoła młodzież go odrzuci. Czyż to nie chore,że dostosowujemy świat do tych złych? Że zamiast walczyć o to, by młodzi byli mądrzejsi, by oceniali Papieża na podstawie jego nauk, jego osiągnięć - wolimy zniżyć się do ich poziomu? Gdybyśmy to jeszcze my mieli się zniżyć, ale chcemy po śmiertelnie pozbawić Ojca Świętego tytułu, który zgodnie z wieloletnim nauczaniem Kościoła, zwyczajnie mu się należy.
Czy stawianie go koło Dody, Jakuba Wojewódzkiego, komunisty Che nie jest obrazą dla Papieża? To właśnie oni - gwiazdy popkultury zostaną szybko zapomniane. Skończy się moda na ich osoby. Święci będą szanowani dopóty, dopóki istnieć będzie Kościół. Poza tym, to, że Che jest na koszulkach, wpinkach, kubkach nijak ma się do tego, czy ludzie się nim interesują. Młodych wcale nie obchodzi co on zrobił - bo gdyby wizerunek na koszulce skłonił nastolatków do poznania historii i 'dokonań' Che, to przecież przestaliby go czcić. Zbrodniarza na miarę Hitlera czy Stalina.
Jana Pawła II-ego można promować, on może nadal docierać do młodych. Choć na pewno po śmierci nie zwróci już tylu - co za życia - młodych w kierunku Kościoła. Nie wolno z tego powodu rezygnować z kanonizacji!
http://www.eioba.pl/a105286/liberum_veto_kanonizacji_karola_wojtyly
Autor jest przeciwny kanonizacji śp. Jana Pawła II-ego. Twierdzenie jest oczywiście kontrowersyjne, niepoprawne społecznie i politycznie, lecz moja była nauczycielka języka polskiego, nauczyła mnie, że każdy ma prawo głosić co chce, jeśli tylko potrafi to uzasadnić. A pan Brusik ma pewien argument więc może warto go wysłuchać.
Według piszącego uznanie 'naszego' Papieża za świętego, może mu zaszkodzić. "Przecież to właśnie młodzi w każdym zakątku świata byli dla Wojtyły zawsze -nawet na łożu śmierci, na pierwszym miejscu. Ojciec święty wolałby być dla nich przyjacielem, niż postacią z nieskończonego orszaku świętych.Moim skromnym zdaniem miejsce Jana Pawła II nie jest na ołtarzach, lecz na plakatach czy nawet na koszulkach, a celem naszego pokolenia powinno być uczynienie z niego postaci kultowej jak Che Guevary czy Boba Marley’a." - pisze mój imiennik. Tutaj należy zaprotestować i zapytać, czy być przyjacielem jest sprzeczne z byciem świętym? Według pana Brusika tak. Autor tekstu chciałby z Jana Pawła II uczynić idola (o zgrozo jako przykład podaje zbrodniarza Che Guevarę...) bowiem według niego tak nauka Papieża może dotrzeć do młodych, do przyszłych pokoleń. Sądzi, że ludzie, szczególnie młodzi nie doceniają świętych. "Czy waszymi idolami są św. Kolbe albo św. Faustyna czy może raczej Kuba Wojewódzki, Marek Koterski, Jacek Kaczmarski? Postacie świętych wydają nam się zbyt wielkie, zbyt odległe, zbyt niedoścignione, po prostu nie stają się idolami, a co za tym idzie skazane są na obrastanie w kurz, jak świecznik stojący na ołtarzu." Po pierwsze trzeba zastanowić się, czy to prawda. Moim zdaniem Jan Paweł II może być zostać autorytetem, a jego kanonizacja jedynie spotęguję modę na kult Ojca Świętego. Poza tym nawet, jeśli święci nie mają uznania tutaj, w Polsce, to nie znaczy, że jest tak na całym świecie. Są tacy, co kandydaturę Jana Pawła II na autorytet odrzuciliby od razu, tylko dlatego, że był głową Kościoła. Przecież Kościół też nie jest modny wśród młodych. Ale na kontynentach, na których wiara kwitnie - w Afryce czy Południowej Ameryce - święty Jan Paweł II może cieszyć się popularnością. To samo tyczy się Polski - tu zawsze będzie postacią legendarną, w końcu to pierwszy - i pewnie jedyny papież pochodzący z naszego kraju. Czy kiedyś inny Polak piastował tak znane, tak ważne stanowisko w jakiejkolwiek dziedzinie społecznej?
Chciałbym zwrócić uwagę na pewną ważną rzecz. Pan Brusik sam stwierdza, że ceni Jana Pawła II-ego, w ostatnim akapicie pisze nawet "Mój rodak zasłużył na kanonizacje." Nie chce jednak by Kościół uznał Papieża za świętego, bo to spowoduje, że z tego powodu ktoś odrzuci jego nauczanie. Konkretniej, nie chce uznać JPII za świętego, bo dzisiejsza zepsuta, wrogo nastawiona do Kościoła młodzież go odrzuci. Czyż to nie chore,że dostosowujemy świat do tych złych? Że zamiast walczyć o to, by młodzi byli mądrzejsi, by oceniali Papieża na podstawie jego nauk, jego osiągnięć - wolimy zniżyć się do ich poziomu? Gdybyśmy to jeszcze my mieli się zniżyć, ale chcemy po śmiertelnie pozbawić Ojca Świętego tytułu, który zgodnie z wieloletnim nauczaniem Kościoła, zwyczajnie mu się należy.
Czy stawianie go koło Dody, Jakuba Wojewódzkiego, komunisty Che nie jest obrazą dla Papieża? To właśnie oni - gwiazdy popkultury zostaną szybko zapomniane. Skończy się moda na ich osoby. Święci będą szanowani dopóty, dopóki istnieć będzie Kościół. Poza tym, to, że Che jest na koszulkach, wpinkach, kubkach nijak ma się do tego, czy ludzie się nim interesują. Młodych wcale nie obchodzi co on zrobił - bo gdyby wizerunek na koszulce skłonił nastolatków do poznania historii i 'dokonań' Che, to przecież przestaliby go czcić. Zbrodniarza na miarę Hitlera czy Stalina.
Jana Pawła II-ego można promować, on może nadal docierać do młodych. Choć na pewno po śmierci nie zwróci już tylu - co za życia - młodych w kierunku Kościoła. Nie wolno z tego powodu rezygnować z kanonizacji!
piątek, 10 lipca 2009
Rozmowy intelektualne
Na pewnym internetowych forum dyskusyjnym, na którym jestem stałym bywalcem, powstał wątek o rozmowach intelektualnych w towarzystwie. Temat jest ciekawy.
Autor wypowiedzi pyta innych użytkowników czy mają kogoś, z kim mogą porozmawiać na poważne tematy. O dziwo, na forum, na którym zarejestrowani są ludzie zainteresowani polityką, ekonomią i sprawami społecznymi - zdecydowana większość osób twierdzi, że takich osób ma niewiele.
Mówi się, że z Polacy uwielbiają rozmawiać na dwa tematy: o sporcie i polityce. Jeśli chodzi o rzecz pierwszą - to może i owszem. Natomiast jeśli chodzi o politykę to przeciętne osoby spierają się tylko na tle PiS - PO. Nie ma merytorycznych rozmów, argumentów. Poza tym mniej ludzi interesują dane problemy, kwestie do rozwiązania - jak na przykład kara śmierci, powszechny dostęp do broni, in-vitro - a bardziej kto jest większym chamem - p. Niesiołowski, p. Palikot czy p. Kurski. Mało kto dotyka tematów uniwersalnych, przyszłości, kwestii zawsze aktualnych, od zawsze spornych. Jeśli już ktoś rozmawia o polityce, to o sprawach najświeższych, o tym co wczoraj powiedzieli w 'Faktach' - że dany poseł chyba był pijany, że Kaczyński uśmiechnął się do Tuska.
To, że niewiele mówimy o polityce mogę zrozumieć - w zasadzie niewielu ludzi nią się interesuje (nota bene to jeden z powodów, dla których dzisiejsza demokracja jest zła). Zwykli Polacy gawędzą tylko o sprawach przyziemnych. O ostatnio kupionej sukience, o złym występie Kubicy na torze w Monako, o tym kto gdzie był na imprezie, jakie papierosy kto pali i ile alkoholu pije. Zapomniałem jeszcze o wymienianiu wspomnień z ostatniego odcinka 'Po prostu tańcz'. Żadnych poważniejszych tematów. Polityka, ekonomia, filozofia, religia, psychologia... kto o tym rozmawia?
Ja chętnie wysłuchałbym nawet opowieści o czyiś zainteresowaniach, pasjach, tradycjach obowiązujących w danej rodzinie, nie znając tematu, niż znów słuchać półgodzinnej dyskusji za ile kto zatankował, że na Orlenie paliwo jest dwa grosze tańsze... Weźmy przykład muzyki czy literatury- bo o tym akurat wciąż sporo osób jeszcze mówi. Choć wielu znajomych ma inne gusta, to zawsze chętnie wysłucham ich recenzji książek, trochę z mniejszą ochotą opisów słuchanej przez nich muzyki ;) Ludzie w obecnych czasach mniej interesują się tematami poważnymi, mądrzejszymi.
Dawniej było inaczej. Rozmowy ideowe, o religii. Tak, ludzie mniej wykształceni, przed wojną poruszali wiele ciekawych tematów. Wtedy społeczeństwo lubiło przedstawiać swoje wizje w różnych dziedzinach.
Dlaczego teraz jest inaczej? Odpowiedź jest prosta - brak samodzielnego myślenia. Ludzie już przestali sami rozmyślać na wiele tematów. Z przynajmniej kilku powodów (brak czasu...) ale chyba najistotniejszą rolę odgrywają tu media, z telewizją na czele. Telewizja zwalnia Polaków z myślenia. Poza tym stwarza złudzenie, że liczą się tylko sprawy aktualne. Wczoraj rozbił się samolot - to przez dwa dni ludzie mówią tylko o tym. A potem zapominają. Media dają zły przykład ludziom nie pokazując merytorycznych dyskusji, nie podejmując trudnych tematów, przedstawiając je w zrozumiały i obiektywny sposób. Zapytacie jak to powinno wyglądać? Już pokazuję! Oto przykład 9minutowej debaty z amerykańskiej telewizji CNN. Panowi dyskutują o legalizacji marihuany - mimo odmiennych zdań obaj się bardzo szanują, nie próbują zmienić myślenia drugiego tylko przedstawić swoje stanowisko. Obaj nawzajem wymieniają się argumentami, jest to najlepsza debata jaką widziałem na ekranie telewizora:
Spowodujmy, że ludzie znów zaczną myśleć samodzielnie, a łatwiej będzie znaleźć rozmówcę - na każdy temat. Mogę mówić o wszystkim, nawet jeśli temat jest mi obcy i średnio interesujący - jeśli tylko rozmówca ma coś do powiedzenia. Byle nie znów o bramce Ronaldo z poprzedniego meczu Realu!
30a2e16cce4d442a4a8d34c03bbd9579
Autor wypowiedzi pyta innych użytkowników czy mają kogoś, z kim mogą porozmawiać na poważne tematy. O dziwo, na forum, na którym zarejestrowani są ludzie zainteresowani polityką, ekonomią i sprawami społecznymi - zdecydowana większość osób twierdzi, że takich osób ma niewiele.
Mówi się, że z Polacy uwielbiają rozmawiać na dwa tematy: o sporcie i polityce. Jeśli chodzi o rzecz pierwszą - to może i owszem. Natomiast jeśli chodzi o politykę to przeciętne osoby spierają się tylko na tle PiS - PO. Nie ma merytorycznych rozmów, argumentów. Poza tym mniej ludzi interesują dane problemy, kwestie do rozwiązania - jak na przykład kara śmierci, powszechny dostęp do broni, in-vitro - a bardziej kto jest większym chamem - p. Niesiołowski, p. Palikot czy p. Kurski. Mało kto dotyka tematów uniwersalnych, przyszłości, kwestii zawsze aktualnych, od zawsze spornych. Jeśli już ktoś rozmawia o polityce, to o sprawach najświeższych, o tym co wczoraj powiedzieli w 'Faktach' - że dany poseł chyba był pijany, że Kaczyński uśmiechnął się do Tuska.
To, że niewiele mówimy o polityce mogę zrozumieć - w zasadzie niewielu ludzi nią się interesuje (nota bene to jeden z powodów, dla których dzisiejsza demokracja jest zła). Zwykli Polacy gawędzą tylko o sprawach przyziemnych. O ostatnio kupionej sukience, o złym występie Kubicy na torze w Monako, o tym kto gdzie był na imprezie, jakie papierosy kto pali i ile alkoholu pije. Zapomniałem jeszcze o wymienianiu wspomnień z ostatniego odcinka 'Po prostu tańcz'. Żadnych poważniejszych tematów. Polityka, ekonomia, filozofia, religia, psychologia... kto o tym rozmawia?
Ja chętnie wysłuchałbym nawet opowieści o czyiś zainteresowaniach, pasjach, tradycjach obowiązujących w danej rodzinie, nie znając tematu, niż znów słuchać półgodzinnej dyskusji za ile kto zatankował, że na Orlenie paliwo jest dwa grosze tańsze... Weźmy przykład muzyki czy literatury- bo o tym akurat wciąż sporo osób jeszcze mówi. Choć wielu znajomych ma inne gusta, to zawsze chętnie wysłucham ich recenzji książek, trochę z mniejszą ochotą opisów słuchanej przez nich muzyki ;) Ludzie w obecnych czasach mniej interesują się tematami poważnymi, mądrzejszymi.
Dawniej było inaczej. Rozmowy ideowe, o religii. Tak, ludzie mniej wykształceni, przed wojną poruszali wiele ciekawych tematów. Wtedy społeczeństwo lubiło przedstawiać swoje wizje w różnych dziedzinach.
Dlaczego teraz jest inaczej? Odpowiedź jest prosta - brak samodzielnego myślenia. Ludzie już przestali sami rozmyślać na wiele tematów. Z przynajmniej kilku powodów (brak czasu...) ale chyba najistotniejszą rolę odgrywają tu media, z telewizją na czele. Telewizja zwalnia Polaków z myślenia. Poza tym stwarza złudzenie, że liczą się tylko sprawy aktualne. Wczoraj rozbił się samolot - to przez dwa dni ludzie mówią tylko o tym. A potem zapominają. Media dają zły przykład ludziom nie pokazując merytorycznych dyskusji, nie podejmując trudnych tematów, przedstawiając je w zrozumiały i obiektywny sposób. Zapytacie jak to powinno wyglądać? Już pokazuję! Oto przykład 9minutowej debaty z amerykańskiej telewizji CNN. Panowi dyskutują o legalizacji marihuany - mimo odmiennych zdań obaj się bardzo szanują, nie próbują zmienić myślenia drugiego tylko przedstawić swoje stanowisko. Obaj nawzajem wymieniają się argumentami, jest to najlepsza debata jaką widziałem na ekranie telewizora:
Spowodujmy, że ludzie znów zaczną myśleć samodzielnie, a łatwiej będzie znaleźć rozmówcę - na każdy temat. Mogę mówić o wszystkim, nawet jeśli temat jest mi obcy i średnio interesujący - jeśli tylko rozmówca ma coś do powiedzenia. Byle nie znów o bramce Ronaldo z poprzedniego meczu Realu!
30a2e16cce4d442a4a8d34c03bbd9579
czwartek, 2 lipca 2009
Stare zapiski: 'Europejskie absurdy'
Dobra wiadomość - od wczoraj ogórki nie muszą być proste. Przestała obowiązywać jedna z najbardziej durnych regulacji Unii Europejskich, norma 1677/88, która ustalała jaki stopień zakrzywienia mogą mieć ogórki sprzedawane na terenie Unii. Ten fakt przypomniał mi o tekście, który kiedyś pisałem na potrzeby e-czasopisma młodych Nasza Gazeta i gazetki szkolnej. Od wczoraj jedna z informacji zawartych w artykule jest nieaktualna, lecz reszta niestety wciąż obowiązuje. Zamieszczam wspomniany tekst:
Europejskie absurdy (kwiecień 2009)
Unia Europejska to organizacja, o której można by wiele pisać. Jej zwolennicy przekonują, że pozwala się rozwijać biednym europejskim państwom, przeciwnicy narzekają na utratę suwerenności i ograniczanie wolności. Osoby popierające UE kontrargumentują, że często jest to niezbędne do utrzymania porządku i ładu. Twierdzą, iż prawo ustalane przez Parlament Europejski służy członkom wspólnoty. Ja pozwolę sobie pokazać kilka sytuacji, w których brukselskie przepisy kłują w oczy. Są zabawne, absurdalne i pokazują, że wielu unijnych polityków cechuje się zwykłą głupotą.
Najsłynniejszym absurdalnym tematem, jakim zajęła się UE są banany. Z jakiegoś powodu są one usilnie chronione. Południowoamerykańscy eksporterzy bananów zmuszeni są do płacenia cła w wysokości 176 euro za tonę i przez to stają się mniej konkurencyjni w Unii. Oficjalnie powodem jest to, by europejscy hodowcy bananów mogli walczyć z tanią konkurencją zza oceanu. Kto na tym cierpi? Mieszkaniec Europy, który w wyniku tych działań musi za banana płacić znacznie więcej, niż w przypadku, kiedy UE nie ograniczałaby normalnej konkurencji. Ale to nie koniec na temat tych owoców! Dalsze przepisy są naprawdę zabawne! UE ustaliła normę na zakrzywienie banana – wynosi ona poniżej 27 mm na 14 cm. Brzmi dziwnie, więc należy szukać powodów - w uchwaleniu tego przepisu chodziło o to, by banany do Unii przywozili jedynie Francuzi ze swoich dawnych kolonii. Banan Chiguita z pochodzący Ameryki Południowej, który jest bardziej zakrzywiony, w myśl przepisu, przestaje być bananem.
Pozostańmy przy wątku owoców i warzyw. Tak jak u banana, zakrzywienie próbowano regulować także u ogórka. Unia zmienia również… przynależność gatunkową roślin i zwierząt! Ślimak stał się rybą słodkowodną - do podtypu kręgowców przenieśli go europejscy urzędnicy. Kto zyskuje? Znów Francja - dzięki brukselskiej decyzji kraj ten może dotować hodowlę wspomnianych mięczaków. W Portugalii wyrabia się marchewkową konfiturę. Aby producenci z Półwyspu Iberyjskiego mogli sprzedawać swój produkt w innych krajach Wspólnoty oraz dotować jego produkcję (taką pomoc dostają tylko produkty powstałe z owoców), Komisja Europejska orzekła, że marchewka jest owocem.
Przechodzimy do „największego” problemu XXI wieku - dyskryminacji i nietolerancji. Angielska gazeta „Daily Mail” donosi, że UE zamierza wprowadzić nową dyrektywę - dbającą o zasady równego traktowania osób bez względu na religię czy światopogląd. Wkrótce zarządcy hoteli, szpitali, organizacji charytatywnych, różnego typu punktów usługowe czy zakładów karnych mogą być pozwani za wywieszenie krzyża we WŁASNYM pomieszczeniu, jeśli tylko zapragną w nim świadczyć publiczne usługi… To po to, by dobrze czuli się ateiści. Oczywiście urzędnicy UE nie zapominają o wierzących! I tak kara może grozić za urażenie uczyć religijnych - na przykład poprzez powieszenie w miejscu publicznym plakatu reklamującego „Żywot Briana” Monty Pythona. Pomysł zaniepokoił między innymi Kościół Anglii. Duchowni mają obawy, że mogą zostać pozwani do sądu za wywieszenie krzyży w hospicjach lub schroniskach dla bezdomnych. Głoszących tę wiarę trapi również czy ateiści mogliby ich oskarżyć za modlitwę przed posiłkami. Problem dotyka samą Unię Europejską! Organizacja holenderskich protestantów sprzeciwiła się niedawno użyciu symbolu Unii Europejskiej na tablicach rejestracyjnych samochodów. Ich zdaniem 12 złotych gwiazd na niebieskim tle symbolizuje Matkę Boską, co obraża ich uczucia religijne. Co więcej, twórca symbolu Unii Arsene Heitz przyznał w przeszłości, że zainspirował go wizerunek Matki Boskiej, jaki kilka osób dostrzegło podczas widzeń doznanych w XIX w. w Paryżu. Czy trzeba będzie go zmienić?!
Walka z dyskryminacją nie może się ograniczać do spraw religii! UE zamierza bronić także kobiet. Liderzy Wspólnoty chcieliby zakazać stosowania sformułowań "Pan" i "Pani", ponieważ według pomysłodawcy zakazu, są one zbyt seksistowskie – donosi "Daily Mail". Urzędnicy z Brukseli wydali więc nowe wytyczne, w celu tworzenia „neutralnie płciowego” języka. Na razie dyrektywa dotyka jedynie samych polityków zasiadających w Parlamencie Europejskim - nie mogą oni zwracać się do kobiet za pomocą sformułowania określającymi ich stan cywilny. Oznacza to, że formy Madame i Mademoiselle, Frau i Fraulein oraz Senora i Senorita są także zakazane. Politykom proponuje się za to, by zwracali się do kobiet po imieniu. Obywatelom UE zaleca się nie używać słowa stewardesa, lecz opiekun lotu. Zamiast policjant czy policjantka, mamy mówić funkcjonariusz policji. „To jest naprawdę śmieszne. Spotkaliśmy się już z instytucjami UE dyktującymi kształt bananów, ale teraz wydają się zdeterminowani, aby powiedzieć nam, które słowa mamy prawo do wykorzystania w naszym ojczystym języku” – tak sprawę na łamach "Daily Mail" skomentował szkocki euro poseł pan Struan Stevenson. Moim zdaniem ustawa ta dyskryminuje i godzi w nas, Polaków. Sformułowania Pan i Pani są charakterystyczne dla naszego języka.
Nie tak dawno temu Onet.pl doniósł o kolejnym pomyśle z Brukseli. Według dziennikarzy portalu już niedługo Unia Europejska będzie chciała wprowadzić wymóg, aby na produktach mięsnych znajdowały się informacje, że zwierzę żyło w komfortowych warunkach, bez stresu i zostało zabite w humanitarny sposób. Samej głupoty pomysłu nie chcę komentować - zapytam jedynie retorycznie urzędników - jak będzie sprawdzane czy rolnicy nie stresują swoich krów? Za czyje pieniądze? Podatników?
Na koniec coś z ostatniej chwili. Przepis ten dopiero co wszedł w życie - Komisja Europejska zakazała sprzedaży tradycyjnych, rtęciowych termometrów. Urzędnicy podkreślają, że rtęć jest bardzo toksyczna dla ludzi i ekosystemu. Kiedy wyrzucamy termometr rtęć może przekształcić się w groźną truciznę - metylortęć. Kiedy więc wszystkie leżące na sklepowych półkach i w hurtowniach stare termometry zostaną wyprzedane, zastąpią je termometry elektroniczne. To znów koszt dla obywatela - termometr rtęciowy można kupić za kilka złotych, elektroniczny za kilkanaście. A teraz zastanówmy się. ile będzie to kosztowało szpitale?
To tylko niektóre, z licznych durnych przepisów UE. Profesor Mirosław Piotrowski, euro deputowany PiS twierdzi, że „absurdy wynikają z dążenia Unii do standaryzacji całego naszego życia, dlatego nie znikają”. Czy rzeczywiście, potrzebujemy takiej pomocy z Brukseli? Czy to dlatego płacimy na utrzymanie Parlamentu Europejskiego ogromne sumy? Być może połowa europejskich urzędników, wymyślająca i wprowadzająca tego typu, absurdalne dyrektywy powinna zajmować się czymś innym? Może nie są potrzebni do polepszania życia Europejczyków?
Europejskie absurdy (kwiecień 2009)
Unia Europejska to organizacja, o której można by wiele pisać. Jej zwolennicy przekonują, że pozwala się rozwijać biednym europejskim państwom, przeciwnicy narzekają na utratę suwerenności i ograniczanie wolności. Osoby popierające UE kontrargumentują, że często jest to niezbędne do utrzymania porządku i ładu. Twierdzą, iż prawo ustalane przez Parlament Europejski służy członkom wspólnoty. Ja pozwolę sobie pokazać kilka sytuacji, w których brukselskie przepisy kłują w oczy. Są zabawne, absurdalne i pokazują, że wielu unijnych polityków cechuje się zwykłą głupotą.
Najsłynniejszym absurdalnym tematem, jakim zajęła się UE są banany. Z jakiegoś powodu są one usilnie chronione. Południowoamerykańscy eksporterzy bananów zmuszeni są do płacenia cła w wysokości 176 euro za tonę i przez to stają się mniej konkurencyjni w Unii. Oficjalnie powodem jest to, by europejscy hodowcy bananów mogli walczyć z tanią konkurencją zza oceanu. Kto na tym cierpi? Mieszkaniec Europy, który w wyniku tych działań musi za banana płacić znacznie więcej, niż w przypadku, kiedy UE nie ograniczałaby normalnej konkurencji. Ale to nie koniec na temat tych owoców! Dalsze przepisy są naprawdę zabawne! UE ustaliła normę na zakrzywienie banana – wynosi ona poniżej 27 mm na 14 cm. Brzmi dziwnie, więc należy szukać powodów - w uchwaleniu tego przepisu chodziło o to, by banany do Unii przywozili jedynie Francuzi ze swoich dawnych kolonii. Banan Chiguita z pochodzący Ameryki Południowej, który jest bardziej zakrzywiony, w myśl przepisu, przestaje być bananem.
Pozostańmy przy wątku owoców i warzyw. Tak jak u banana, zakrzywienie próbowano regulować także u ogórka. Unia zmienia również… przynależność gatunkową roślin i zwierząt! Ślimak stał się rybą słodkowodną - do podtypu kręgowców przenieśli go europejscy urzędnicy. Kto zyskuje? Znów Francja - dzięki brukselskiej decyzji kraj ten może dotować hodowlę wspomnianych mięczaków. W Portugalii wyrabia się marchewkową konfiturę. Aby producenci z Półwyspu Iberyjskiego mogli sprzedawać swój produkt w innych krajach Wspólnoty oraz dotować jego produkcję (taką pomoc dostają tylko produkty powstałe z owoców), Komisja Europejska orzekła, że marchewka jest owocem.
Przechodzimy do „największego” problemu XXI wieku - dyskryminacji i nietolerancji. Angielska gazeta „Daily Mail” donosi, że UE zamierza wprowadzić nową dyrektywę - dbającą o zasady równego traktowania osób bez względu na religię czy światopogląd. Wkrótce zarządcy hoteli, szpitali, organizacji charytatywnych, różnego typu punktów usługowe czy zakładów karnych mogą być pozwani za wywieszenie krzyża we WŁASNYM pomieszczeniu, jeśli tylko zapragną w nim świadczyć publiczne usługi… To po to, by dobrze czuli się ateiści. Oczywiście urzędnicy UE nie zapominają o wierzących! I tak kara może grozić za urażenie uczyć religijnych - na przykład poprzez powieszenie w miejscu publicznym plakatu reklamującego „Żywot Briana” Monty Pythona. Pomysł zaniepokoił między innymi Kościół Anglii. Duchowni mają obawy, że mogą zostać pozwani do sądu za wywieszenie krzyży w hospicjach lub schroniskach dla bezdomnych. Głoszących tę wiarę trapi również czy ateiści mogliby ich oskarżyć za modlitwę przed posiłkami. Problem dotyka samą Unię Europejską! Organizacja holenderskich protestantów sprzeciwiła się niedawno użyciu symbolu Unii Europejskiej na tablicach rejestracyjnych samochodów. Ich zdaniem 12 złotych gwiazd na niebieskim tle symbolizuje Matkę Boską, co obraża ich uczucia religijne. Co więcej, twórca symbolu Unii Arsene Heitz przyznał w przeszłości, że zainspirował go wizerunek Matki Boskiej, jaki kilka osób dostrzegło podczas widzeń doznanych w XIX w. w Paryżu. Czy trzeba będzie go zmienić?!
Walka z dyskryminacją nie może się ograniczać do spraw religii! UE zamierza bronić także kobiet. Liderzy Wspólnoty chcieliby zakazać stosowania sformułowań "Pan" i "Pani", ponieważ według pomysłodawcy zakazu, są one zbyt seksistowskie – donosi "Daily Mail". Urzędnicy z Brukseli wydali więc nowe wytyczne, w celu tworzenia „neutralnie płciowego” języka. Na razie dyrektywa dotyka jedynie samych polityków zasiadających w Parlamencie Europejskim - nie mogą oni zwracać się do kobiet za pomocą sformułowania określającymi ich stan cywilny. Oznacza to, że formy Madame i Mademoiselle, Frau i Fraulein oraz Senora i Senorita są także zakazane. Politykom proponuje się za to, by zwracali się do kobiet po imieniu. Obywatelom UE zaleca się nie używać słowa stewardesa, lecz opiekun lotu. Zamiast policjant czy policjantka, mamy mówić funkcjonariusz policji. „To jest naprawdę śmieszne. Spotkaliśmy się już z instytucjami UE dyktującymi kształt bananów, ale teraz wydają się zdeterminowani, aby powiedzieć nam, które słowa mamy prawo do wykorzystania w naszym ojczystym języku” – tak sprawę na łamach "Daily Mail" skomentował szkocki euro poseł pan Struan Stevenson. Moim zdaniem ustawa ta dyskryminuje i godzi w nas, Polaków. Sformułowania Pan i Pani są charakterystyczne dla naszego języka.
Nie tak dawno temu Onet.pl doniósł o kolejnym pomyśle z Brukseli. Według dziennikarzy portalu już niedługo Unia Europejska będzie chciała wprowadzić wymóg, aby na produktach mięsnych znajdowały się informacje, że zwierzę żyło w komfortowych warunkach, bez stresu i zostało zabite w humanitarny sposób. Samej głupoty pomysłu nie chcę komentować - zapytam jedynie retorycznie urzędników - jak będzie sprawdzane czy rolnicy nie stresują swoich krów? Za czyje pieniądze? Podatników?
Na koniec coś z ostatniej chwili. Przepis ten dopiero co wszedł w życie - Komisja Europejska zakazała sprzedaży tradycyjnych, rtęciowych termometrów. Urzędnicy podkreślają, że rtęć jest bardzo toksyczna dla ludzi i ekosystemu. Kiedy wyrzucamy termometr rtęć może przekształcić się w groźną truciznę - metylortęć. Kiedy więc wszystkie leżące na sklepowych półkach i w hurtowniach stare termometry zostaną wyprzedane, zastąpią je termometry elektroniczne. To znów koszt dla obywatela - termometr rtęciowy można kupić za kilka złotych, elektroniczny za kilkanaście. A teraz zastanówmy się. ile będzie to kosztowało szpitale?
To tylko niektóre, z licznych durnych przepisów UE. Profesor Mirosław Piotrowski, euro deputowany PiS twierdzi, że „absurdy wynikają z dążenia Unii do standaryzacji całego naszego życia, dlatego nie znikają”. Czy rzeczywiście, potrzebujemy takiej pomocy z Brukseli? Czy to dlatego płacimy na utrzymanie Parlamentu Europejskiego ogromne sumy? Być może połowa europejskich urzędników, wymyślająca i wprowadzająca tego typu, absurdalne dyrektywy powinna zajmować się czymś innym? Może nie są potrzebni do polepszania życia Europejczyków?
Tomasz Moliński
PS. Tekst, który zapowiedziałem w poprzedniej notce jest już pisany. Niestety nie zdążę do premiery lipcowego wydania Naszej Gazety, więc opublikuje go dopiero w numerze sierpniowym!
PS2. Przed wyjazdem na wakacje opublikuję to jeszcze minimum 3 notki - ot, takie postanowienie.
PS2. Przed wyjazdem na wakacje opublikuję to jeszcze minimum 3 notki - ot, takie postanowienie.
Etykiety:
absurdy,
banany,
ogórki,
UE,
unia europejska,
zakrzywienie
Subskrybuj:
Posty (Atom)








